Rok 2010 był dla mnie rokiem przełomowym pod wieloma względami, także - a może przede wszystkim - w sferze konwentowej. Nie dość, że odwiedziłam więcej zlotów niż kiedykolwiek, to jeszcze sama zadebiutowałam w roli "osoby, która jest wszystkiemu winna", a na koniec dołączyłam do redakcji działu konwentowego. Uznałam, że z tej okazji wypada mi sporządzić notkę, w której powspominam odwiedzone w tym roku konwenty.
Tym razem kolejność nie będzie alfabetyczna - wprost przeciwnie, jako że podsumowanie zacznę od literki Z. Z jak zjAva, czyli Zimowa Jazda Avangardowa, kameralny konwent dla miłośników erpegów, planszówek, karcianek i innych gier. 300 osób z całej Polski zjechało do Warszawy na zimowy weekend, aby grać, grać, grać do upadłego. Ucieszył mnie i zaskoczył zarazem duży procent konwentowiczów spoza Warszawy, niektórzy przyjechali naprawdę z krańca Polski. Cieszy też samo zapotrzebowanie na taką imprezę - przyznam, że byłam w tej materii mocno sceptyczna. Sądząc z wypowiedzi uczestników, zjAva się udała: doceniono wielkie stosy gier, dużo miejsca na sesje, kilka fajnych turniejów i zadbaną (co ważne, wszyscy bez szemrania podporządkowali się obowiązkowi zmiany obuwia) szkołę w dobrej lokalizacji.
Większość czasu na zjAvie spędziłam w akredytacji. Mało brakowało, a to samo spotkałoby mnie na Pyrkonie, choć nie byłam gżdaczem - po prostu tak wielka była sławetna kolejka pyrkonowa. Problemy z akredytacją (kolejki, zamykanie stoisk w innych budynkach) to pierwszy minus poznańskiej imprezy. Za drugi należałoby uznać kiepskie warunki sanitarne (choć w porównaniu z rokiem ubiegłym było ponoć znacznie czyściej). Zimny prysznic niekoniecznie jest tym, co lubię najbardziej, ale dobrze, że w ogóle dało się gdzieś umyć. Mieszane uczucia mam w kwestii rozbicia konwentu na trzy budynki: z jednej strony, było dzięki temu trochę luźniej (choć i tak osoby, które przyjechały później, miały problem ze znalezieniem miejsca do spania), z drugiej - konieczność ciągłego przemieszczania skutkowała ustawicznym spóźnianiem się na różne punkty programu. Tricon udowodnił, że da się to zorganizować lepiej. Niektórzy narzekali też na obrączkowanie konwentowiczów gustownymi opaskami na rękę. Wad nie było wszakże wiele, a niektórych nie dało się uniknąć przy ogromie Pyrkonu: ponad 3000 osób naprawdę robi wrażenie. Imponujący był i Games Room, i urodzinowy tort (oba^^), i wiele punktów programu (konkurs krasnoludzkiego wycia, prelekcja o nieskończoności, dyskusja o najlepszym erpegowcu, mnóstwo larpów – nie brałam w nich udziału, ale słyszałam, że wiele było naprawdę znakomitych). No i Basia Karlik to je ono! Nie brałam za bardzo udziału w wieczornych imprezach, ale ich klimat i tak się udzielał, dzięki czemu udało mi się pogłębić integrację z redakcją. Poznałam dużo nowych osób i niejedną godzinę spędziłam na absurdalnych rozmowach. Tak, warto było przyjechać do Poznania.
Potem nastąpiła krótka przerwa, jako że do wakacji nie udało mi się na nic wybrać. Oszczędziłam więc nieco czasu i pieniędzy, co bardzo przydało mi się w lipcu, który pod względem wyjazdów był miesiącem kompletnie szalonym. Najpierw Zlot Poltera - fantastyczny, przesympatyczny i pełen dobrych chwil. A potem... potem była Avangarda. Nie chcę oceniać konwentu, w organizacji którego maczałam palce, wszelako plusy i minusy wymienić mogę. Do tych pierwszych zaliczyłabym program - wydaje mi się, że każdy mógł na Avie znaleźć coś dla siebie. Blok PRL-owski zgromadził mniej osób niż bym sobie tego życzyła, ale pod względem merytorycznym wypadł dobrze, uczestnicy chwalili też Park Naukowy i Treksferę. Zarzuty, które słyszałam, dotyczyły przede wszystkim obsługi. Przepraszam wszystkich, którzy natrafili na jakieś problemy i proszę o zgłaszanie takich przypadków via PW, e-mail czy gg; dołożymy wszelkich starań, aby na następnej Avangardzie się nie powtórzyły. Są też rzeczy, na które nie mieliśmy wpływu: upały zniechęcały do siedzenia na prelekcjach, przez co Paradox pękał w szwach. Mam nadzieję, że Avangarda 007 odbędzie się w bardziej sprzyjających warunkach atmosferycznych.
Jeszcze w trakcie Avy ustaliłam plan podróży na Tricon: trasa Łosice - Warszawa - Legnica - Cieszyn - Bielsko-Biała - Warszawa nie jest może krótka, ale w porównaniu z moimi późniejszymi wojażami i tak nie robi wielkiego wrażenia. Trzeba w końcu jakoś uczcić Polcon, nieprawdaż? Konwent rozpoczął się dla mnie od czwartkowej konferencji prasowej z udziałem zagranicznych gości. Było sympatycznie (a serwowane ciasto do dziś budzi moją tęsknotę), ale od razu objawiły się problemy organizacyjne: brak tłumaczy, obsuwy czasowe, czasami zawodziła komunikacja wśród koordynatorów. Niemniej, pomysł z konferencją doceniam i daję plusa – widać było, że organizatorom przyświecała idea zrobienia czegoś na europejskim poziomie. To był zresztą prawdziwy, ponadnarodowy Eurocon: mnóstwo gości z zagranicy, punkty programu w różnych językach, wreszcie piękny Cieszyn i równie piękny Český Těšín. Idea konwentu organizowanego przez trzy fandomy jest ze wszech miar godna uznania. Wielkie brawa dla ŚKF-u za podjęcie się tego karkołomnego zadania. Niestety, bez wpadek i problemów się nie obyło. Należał do nich przede wszystkim kuriozalny pomysł umieszczenia Games Roomu po drugiej stronie granicy, dobre pół godziny marszu od terenu konwentu. Nie dało się wyskoczyć na planszówkę między jedną a drugą prelekcją, trzeba było sobie zarezerwować dużo czasu, jeśli chciało się w coś pograć. W tym samym budynku znajdowała się jedna ze zbiorowych noclegowni, druga – po stronie polskiej – była równie odległa od terenu konwentu. Same warunki były ponoć przyzwoite, ale ja w ostatniej chwili zdecydowałam się na akademik i uważam to za znacznie lepszy wybór. Kolejny zarzut to duża liczba odwołanych punktów programu, godzi się jednak rzec, że większość z nich była robiona przez Czechów i trudno doszukiwać się tu winy strony polskiej – przeciwnie, ŚKF robił co się dało, by tylko załatać program. Ten ostatni był dobry, ale kłuła w oczy duża liczba prelekcji znanych z innych konwentów; ponadto kontrowersje budziła hm...pieprzna (by nawiązać do tytułu) prelekcja Ewy Białołęckiej, a uśmiech politowania - "pokazy" rycerskie. Chwilami nie było po prostu na co iść, niekiedy zaś człowiek chciałby się rozdwoić. Na szczęście tych drugich chwil było więcej. Oczywiście ocena programu jest sprawą bardzo subiektywną, ale pewne wpadki zauważyli wszyscy: mam na myśli głównie pomieszane figurki podczas rozdania nagród Zajdla i bezradność Polaków wobec absencji Sapkowskiego. Było jednak wiele rzeczy, które rekompensowały wymienione wyżej wady. Przy każdej rozmowie dotyczącej Triconu wspominam konkurs strojów i wspaniale przebranych ludzi – czescy fani SW rządzą! Nie można narzekać na bazę lokalową ani obsługę – w wygodnym i czystym budynku Uniwersytetu Śląskiego miło się konwentowało, gżdacze byli chętni do pomocy, a akredytacja przebiegała szybko i sprawnie. Fajnym pomysłem był blok dziecięcy, w którym uczestnicy mogli zostawiać pociechy pod opieką organizatorów; bardzo przypadł mi do gustu także Press Room, który wyglądał naprawdę profesjonalnie. W salach znajdowały się kartki z nazwiskami prelegentów, a wszystkie punkty programu kończyły się kilka minut przed pełną godziną, dzięki czemu można było wywietrzyć pomieszczenie, a ludzie nie musieli się tłoczyć przed wejściem. Organizacyjnie i merytorycznie Tricon był konwentym udanym i zostawił dobre wrażenie,
Wyprawę do Cieszyna planowałam praktycznie od marca, kompletnie nie przewidywałam natomiast wybrania się na Bachanalia Fantastyczne. Bo programu mało, bo dużo integracji, bo daleko... "A wiesz, że można tam kupić śliczne kubeczki, których nigdzie indziej nie dostaniesz?" - ta jedna wypowiedź stałego bywalca BF-ów wystarczyła, żebym zaczęła pakować walizkę. I bardzo dobrze, że zdecydowałam się na wyjazd do Zielonej Góry. Program, choć dość skąpy, był ciekawy i nie przypominam sobie ani jednej chwili, w której nie znalazłabym czegoś dla siebie, podczas gdy taka sytuacja wielokrotnie zdarzała mi się na innych konwentach. Do tego fantastyczna integracja, bachantki, tańce, drinki, mnóstwo nowych ludzi. Nie można też nie wspomnieć o idealnych warunkach lokalowych: przestronne i funkcjonalne sale prelekcyjne, knajpa konwentowa w obrębie kampusu, a przede wszystkim łóżka i prysznice w zbiorowej noclegowni. Luźny charakter imprezy sprawił, że z czystością nie było najlepiej, ale to chyba jedyny większy zarzut. Nie spodziewałam się po Bachanaliach tłumów, super wypasionych prelekcji, masy stoisk czy premier gier, miałam nadzieję na miłą atmosferę. Była bardziej niż miła, była rewelacyjna! I właśnie dlatego, mimo że rzeczonych kubków zabrakło, konwent ten na stałe trafia do mojego kalendarza.
We wspomnianym kalendarzu od 2007 roku poczesne miejsce zajmował Falkon. To był pierwszy duży konwent w moim życiu, od pierwszej chwili pokochałam jego klimat, pokazy mody gotyckiej i końkursy. Ubiegłoroczny Falkon był też pierwszą imprezą, na której integrowałam się z Polterem – jedna z zawartych wówczas znajomości przerodziła się w przyjaźń, bez której nie umiem dziś sobie wyobrazić mojego życia. Czekałam zatem na jedenastą edycję imprezy z niecierpliwością, podsycaną jeszcze przez bardzo ładny i bardzo klimatyczny plakat, który zaprezentowano na Triconie. Nic nie zapowiadało rozczarowania, które spotkało mnie w Lublinie... Tradycyjnie brakowało informatorów (sytuację ratowały nieco tabelki z programem rozwieszone na korytarzach) i pryszniców. Informator i książeczka z programem były najwyraźniej przygotowywane w pośpiechu, bo nie dało się zauważyć śladu korekty, mapa była najgorszą, jaką widziałam. Sam program, poza blokami Kuźni Gier i Wydawnictwa Portal, nie oferował za wiele, a w dodatku sporo prelekcji zaczynało się z opóźnieniem. Miał jednak swoje perełki: koncert Martina Lechowicza (podniósł moją ocenę Cyber Falkonu o oczko wyżej), całkiem udany (choć tradycyjnie opóźniony) pokaz mody gotyckiej, solidny blok Gwiezdnych Wojen czy występ kabaretu Stonka Ziemniaczana. Na Falkonie odbył się też Puchar Mistrza Mistrzów – erpegowcom oddano do użytku szkołę noclegową i wydaje mi się to słusznym posunięciem, sesje mogły się odbywać w spokoju i względnej ciszy. Trudno jednak uznać Cyber Falkon za konwent szczególnie udany, co boli mnie tym bardziej, że zawsze żywiłam względem lubelskiej imprezy ciepłe uczucia. Czuję się trochę jak dziecko, któremu zabrano zabawkę. Przykro patrzeć, jak konwent, który tak bardzo lubię, rozmienia potencjał na drobne. Orgowie, postarajcie się proszę, abym w listopadzie mogła pisać o Falkonie w samych superlatywach!
Są dwa rodzaje konwentów: pierwszy to konwenty takie jak Falkon, Pyrkon czy Avangarda, drugi to Nordcon. Nordcon to konwent, na którym śpisz w normalnym łóżku, jesz normalne jedzenie i [ciąg dalszy ocenzurowano] - tak na Białym Kruku 2007 opowiadał o zlotach Misiek. Jeszcze półtora roku temu sama nabijałam się z szefa działu, że jedzie na konwent dla tetryków. No i pokarało mnie, bo w końcu ja też zapałałam chęcią przekonania się, co to za impreza. W zasadzie wszystko, co mówił Misiek, jest prawdą – śpi się w wygodnym łóżku, je przyzwoite jedzenie (choć tej margaryny na śniadanie nie daruję!) i... i się integruje. Program Nordconu istnieje w postaci szczątkowej, choć godzi się rzec, że część jego punktów z powodzeniem znalazłaby słuchaczy na każdym konwencie. Dla mnie najbardziej interesujące były akurat te „środowiskowe” - zebranie ZSFP, forum fandomu i panel dla konwentorobów. Szalone nocne imprezy (opisu oszczędzę, notkę mogą czytać nieletni) też przypadły mi do gustu, ale najzabawniejszą częścią Nordconu była dla mnie zabawa konwentowa polegająca na zamienianiu się identyfikatorami. Zdążyłam być już Paszkiem, Papierem, Ostrym... mało brakowało, a zostałabym Puszonem. Koniec końców, Nordcon opuściłam jako PeWuC – dowód na załączonym obrazku;) Nie wiem, czy za rok też się wybiorę na konwent klubów, ale jest to całkiem prawdopodobne.
Siedem odwiedzonych konwentów (osiem, jeśli liczyć Zlot Poltera), setki przejechanych kilometrów, dziesiątki godzin spędzonych na prelekcjach, konkursach, panelach, kilkanaście zupek chińskich spożytych w Green Roomach... Jeśli ta tendencja się utrzyma, za jakiś – dłuuuugi – czas zrobi się ze mnie prawdziwy stary wyjadacz konwentowy i będę mogła dołączyć do bractwa kamizelkowego. Póki co, prezentuję oceny, które dałam poszczególnym opisywanym tu konwentom (zjAvy i Avangardy nie oceniam z przyczyn oczywistych):
Pyrkon 8/10
Tricon 7.5/10
Bachanalia Fantastyczne 9/10
Falkon 6/10
Nordcon 8/10
Średnio – 7.7/10, całkiem sporo. A ponieważ nie mam zwyczaju szafowania wysokimi notami, wniosek nasuwa się sam – dobre konwenty odwiedziłam w tym roku;)
I jeszcze trochę prywaty na zakończenie:
Do zobaczenia na kolejnych konwentach! I pamiętajcie, wkrótce kolejna zjAva!
Poleć innym tę notkę